Chapter Text
Pierwszy dzień na Uniwersytecie im. Cucurucho zapowiadał się ekscytująco. Młody Quackity od zawsze miał silne poczucie sprawiedliwości, mimo iż wiedział, że system bywa wadliwy. Już w nastoletnich czasach postanowił z nim walczyć od środka, dlatego zrobił wszystko by stać w miejscu, w którym teraz stał - na dziedzińcu wielkiego gmachu o jasnoszarym kolorze. Przysłonił słońce ręką i skrzywił się lekko czując nieprzyjemny ucisk w piersi spowodowanym stresem.
Raz się żyje. - powiedział pod nosem i ruszył do środka. W budynku było pełno ludzi,
jedni w jego wieku, inni starsi. Mijał ich wszystkich kierując się do dziekanatu gdzie miał otrzymać przydział do swojego pokoju oraz plan zajęć.
Mimo wcześniejszego zapoznania się z planem budynku, został rozproszony przez jakąś kłótnię na korytarzu i skręcił w złą stronę całkowicie tracąc orientację w terenie. Przez kilka kolejnych minut błądził wśród ludzi z nadzieją, że ujrzy jakiś znak, który pomoże mu odnaleźć odpowiednią drogę. Gdy tak rozglądał się na boki, nie zauważył przed sobą postaci mężczyzny i wpadł w jego plecy.
- Ahhh - westchnął zaskoczony - Przepraszam! - dodał od razu podnosząc głowę
poprawiając swoją czapkę.
- Ahaha nic się nie stało! - powiedział rozbawiony jasnowłosy mężczyzna na oko
starszy od niego. Jego jasny uśmiech sprawił, że Quackity aż przymrużył oczy. Biła od niego niesamowicie ciepła i jasna aura, która zachęcała do wspólnej zabawy.
- Szukam dziekanatu… - zaczął chłopak, na co ten drugi uśmiechnął się jeszcze
szerzej o ile w ogóle było to możliwe.
- A! To wszystko jasne, musisz się wrócić i skręcić w lewo! To dość blisko, mogę Cię
zaprowadzić. - zaproponował Pan Radosny. Quackity skinął głową i podążył za nim.
- Przy okazji, jestem Foolish, drugi rok prawa, a ty? - zapytał.
- Quackity, zaczynam pierwszy, też prawo - odpowiedział mu bez wahania, gdyż aura
bijąca od Foolisha sprawiała, że, prawie, wszyscy ufali mu od razu.
Po chwili spaceru przez tłum, który wydawał się rozstępować Foolishowi dotarli do odpowiedniego pokoju.
Swoją drogą, w Północnym Akademiku odbędzie się impreza powitalna, wpadnij śmiało! - powiedział zadowolony blondyn. Quackity nawet się nie zastanawiał.
- Chętnie. - odpowiedział i skierował się do drzwi. Pożegnali się kiwnięciem głowy i
Quackity wszedł do środka. Przywitała go siwa kobieta w podeszłym wieku, od której otrzymał wszystkie potrzebne rzeczy takie jak plan, numer pokoju i kluczyk do niego.
Skierował się do akademika, który odnalazł bez problemu. Rozpakował swoją torbę i położył się na łóżku. Przymknął na chwilę oczy.
Quackity obudził się dwie godziny później, nawet nie wiedział, w którym momencie zasnął. Jęknął niezadowolony, bo nagle czuł na sobie wszystkie ubrania, a pot spływał mu z czoła. Na jego szczęście udało mu się dostać pojedynczy pokój więc nie musiał martwić się o współlokatora. Wstał z łóżka i przeciągnął się. Sprawdził godzinę na telefonie - do imprezy zostały trzy godziny więc postanowił zacząć się szykować.
W jego głowie powstawało pytanie za pytaniem; jak wyglądają imprezy na studiach? Ilu ludzi na niej będzie? Czy uda mu się zdobyć nowych przyjaciół?
Gonitwę myśli przerwała zimna woda z prysznica, który postanowił wziąć w celu jak najlepszego zaprezentowania się. Po około dwudziestu minutach wyszedł w samym ręczniku i podszedł do walizki, której dalej nie rozpakował, otworzył ją i wyjął niebieską koszulkę marki Adidas i bliżej nieokreślone czarne, jeansowe spodnie. Szybko się przebrał i wysuszył włosy. Pozostały czas spędził na rozpakowywaniu i organizowaniu rzeczy w pokoju - nie żeby był w tym najlepszy ale jeśli coś działa, to najważniejsze.
Na pół godziny przed czasem imprezy Quackity postanowił wyjść i przejść się po kampusie.
Nie miał do tego wcześniej okazji gdyż cała podróż tutaj niezwykle go zmęczyła, samoloty i taksówki bywają bezlitosne. Chłopak szedł kamiennym chodnikiem mijając studentów, którzy wędrowali w różne strony. Jedni do pokojów, inni na imprezy. Niektórzy siedzieli na trawie śmiejąc się ze swoimi przyjaciółmi, Quackity zauważył, że jedna z grupek gra w siatkówkę, a tuż obok nich ktoś rzucił właśnie freezby do swojego przyjaciela. Uśmiechnął się lekko gdyż chłopak, który miał je chwycić przez swoje włosy wyglądał jakby był psem. Droga do akademika Północy przebiegła sprawnie, czarnowłosy zauważył, że przed wejściem zaczynają gromadzić się różni ludzie. Szukał w tłumie Foolisha, który go tu zaprosił lecz nigdzie go nie widział, postanowił więc podejść bliżej.
Z środka dobiegała głośna muzyka - jakieś hiszpańskie rytmy, co zdecydowanie mu się spodobało.
Z lekkiego zamyślenia wyrwało go głośne przywitanie.
- Cześć jestem Ewroon z Polski! - powiedział brązowowłosy mężczyzna stojący przed
nim. Quackity spojrzał w górę, bo ten był zdecydowanie wyższy od niego.
- Quackity - uśmiechnął się lekko wyciągając przed siebie rękę, która szybko została
serdecznie uściśnięta.
- Chłopaki! Mam nowego przyjaciela! - oznajmił Ewroon wołając do jakiejś grupy
chłopaków stojących nieopodal. Quackity spojrzał w ich stronę i zeskanował wszystkich wzorkiem. Wysoki, chudy i wyglądający na chorego mężczyzna w dredach trzymał między palcami papierosa, obok niego stał jasnowłosy mężczyzna z psimi uszami i ogonem, który również palił. Ostatni najwyższy z nich wszystkich okularnik z bujną brodą uśmiechnął się lekko i pomachał. Quackity odpowiedział tym samym, a Ewroon chwycił go za nadgarstek i pociągnął w tamtą stronę. Zaskoczony ruszył za nim.
- To Graf, to Multi a ten pies to Nexe - przedstawił ich brązowowłosy.
Quackity, miło mi - powiedział chłopak uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
Multi i Nexe skinęli głowami.
- Co studiujesz? - zapytał Graf.
- Prawo! - oznajmił zadowolony z siebie.
Multi rzucił peta na ziemię i przygniótł ciężkim butem.
- Tak jak ja - powiedział nonszalancko, a Quackitiego przeszły dreszcze. Od Multiego
czuć było dziwny vibe, wyglądał jak osoba z którą nie warto zadzierać ale też nie warto się przyjaźnić. Jakby przyciągał kłopoty.
- Ja elektrotechnikę - wtrącił Graf poprawiając swoje okulary.
- Architektura, a Ewroon marketing - dodał Nexe , który również zgasił papierosa w ten
sam sposób co Multi. Quackity skinął głową, dużo informacji jak na pierwszy raz ale najważniejsze - imiona - zapamiętał. Chyba.
Chodźmy! - krzyknął w końcu Ewroon gdy cisza zaczynała się robić krępująca i
pociągnął Nexe za nadgarstek, Graf poszedł tuż za nimi. Quackity spojrzał na Multiego, który skinął głową by szedł przed nim. W końcu przekroczyli drzwi akademika, a przed nim ukazało się nocne, studenckie życie.
