Actions

Work Header

Łańcuch

Work Text:

Czasem Thrawn czuł się tak, jakby jego i gubernator Arihndę Pryce łączył niewidzialny łańcuch. Jakby od pewnego czasu byli na siebie skazani.

Kłamstwa, tak, związały ich ze sobą wspólne kłamstwa i ukrywanie przykrej dla nich prawdy.

Batonn… czemu Thrawn wtedy jej nie wydał? Raczej nie dla tego, że Pryce obiecała mu doradztwo i polityczne poparcie. Być może Thrawn nie rozumiał za dobrze imperialnej polityki – chissańska również wcześniej średnio go obchodziła – ale zwykle z czasem spotykał na swojej drodze kogoś, kto choćby po części podzielał jego wizję. We Flocie Ekspansywno-Defensywnej taką osobą był Naczelny Generał Ba’kif. W pewnym stopniu pułkownik Yularen z ISB przypominał Thrawnowi Ba’kifa. Obaj mężczyźni mu ufali, z całą pewnością, i obaj widzieli sens w jego dalekosiężnej strategii. I obaj go kryli, gdy Thrawn coś przeskrobał.

Imperator z kolei, jak przynajmniej z początku postrzegał go Thrawn, był kimś takim, jak Patriarcha Rodu. Czy raczej Patriarcha wszystkich Rodów na raz. Co zdecydowanie wiele rzeczy upraszczało. Kiedy Galaktyczny Senat przeistaczał się w zgromadzenie kłócących się Syndyków, Imperator jednym słowem mógł rozwiązać spór. Albo pozbyć się jego uczestników. Dobrze było mieć po swojej stronie Patriarchę, bez dwóch zdań, o czym Thrawn przekonał się rychło po śmierci Thoorakiego, którego zastąpił nieprzychylny mu Thurfian. Dlatego też teraz Thrawn starał się być przydatnym dla Palpatine’a, a zarazem utrzymywać w miarę dobre stosunki z jego uczniem, Lordem Vaderem.

Ogólnie jednak Thrawn zawsze wolał trzymać się z dala od polityki – i w przypadku tej imperialnej nie było inaczej. Dopiero gubernator Pryce uświadomiła mu, że nie byłoby to zbyt rozsądne z jego strony.

W Dynastii Thrawn szczególnie polegał na dwóch osobach: na swojej najlepszej przyjaciółce i na swoim bracie. Byli z nim właściwie od samego początku: Thrass odkąd Thrawn dołączył do Rodziny Mitthów, z Ar’alani zaś Thrawn znał się jeszcze z Akademii Taharim, a potem służył pod jej rozkazami we Flocie. Oboje mu pomagali, gdy tylko mogli. Sprzątali po nim to gówno, które przynosił na swoich oficerskich butach, kiedy zdarzyło mu się zboczyć z ściśle wyznaczonej przez Dowództwo ścieżki i ostatecznie wdepnąć w coś wyjątkowo paskudnego podczas samodzielnej, samozwańczej misji. Thrawn bardzo tęsknił za nimi obojgiem.

W Imperium nie znalazł nikogo, kto mógłby ich zastąpić. Miał za to ją: Pryce.

I szczerze Thrawn czuł się przy niej trochę tak, jak przy nim przez lata musiała czuć się Ar’alani. Jakby w każdej chwili na Lothalu mogło coś wybuchnąć i jakby przy pierwszym nadchodzącym sygnale zbliżającego się nieszczęścia trzeba było spieszyć tam niezwłocznie ze swoją Flotą na odsiecz albo na ratunek. Oczywiście, jak przynajmniej zakładał Thrawn, Ar’alani dawała mu większy kredyt zaufania, niż on sam był skłonny przyznać Pryce – bo on potrafił wydostać się samodzielnie ze strefy zagrożenia, nie wysadzając przy tym całej planety (pomijając Mokivj, ale to była obca planeta i to nie on zresztą ją wtedy wysadził).

No dobrze, może niekiedy, zazwyczaj nie czując przy tym dumy, Thrawn dostrzegał to dziwne podobieństwo łączącego jego i Pryce, ale to nie dlatego, jak sam sądził, jej nie zadenuncjował. A zatem? Czemu ją krył? Czemu jej pomagał?

Może upadł na głowę. Tak, Pryce swego czasu zwróciła się do niego o pomoc, a potem zrobiła to znowu, rozmyślnie, ale… Thrawn mógł jej wówczas odmówić. Powinien był jej odmówić. Dlaczego więc tego nie zrobił?

Gubernator bez wątpienia umiała go podejść, to Thrawn musiał jej przyznać. Może czasem Arihnda strzelała w ciemno, ale w końcu udawało jej się trafić w dziesiątkę. Naprawdę była zdeterminowana, gdy chciała czegoś od niego. Siódma Flota, olbrzymia armada i jego piękny gwiezdny niszczyciel, Chimaera, to wszystko trafiło w jego niebieskie ręce dzięki temu, że Pryce gdzieś za kulisami pociągała za polityczne sznurki. Niekoniecznie Thrawn zawdzięczał jej wszystko – wolał raczej wierzyć w to, że sam doszedłby równie daleko i bez Pryce, ale nie mógł zaprzeczyć temu, że z nią niektóre rzeczy stawały się prostsze. A inne komplikowały się znacząco.

Chociażby sprawa TIE Defenderów. Fabryka powstała na Lothalu, Thrawn sam, być może na swą zgubę, zarekomendował projekt przedstawiony przez Pryce. Mieli w tym wspólny interes, żeby jego statki budowano na jej planecie.

Inną kwestią było to, że Thrawn znał Pryce od dłuższego czasu, a zatem wiedział o jej mocnych i słabych punktach. A lepszy znany sojusznik od nieznanego, nieprawdaż? Ale działało to w obie strony – Pryce zdążyła też to i owo odkryć na temat Thrawna.

Pierwszy jego słaby punkt: Vanto. Thrawn nie miał innego wyjścia jak odesłać swojego adiutanta w Nieznane Regiony i przekazać pod opiekuńcze skrzydła Ar’alani. Jeden zero dla niego.

Drugi słaby punkt: przedkładanie własnych strategii ponad plany innych osób i być może zbyt wielka wiara w siebie. I to tutaj Pryce uderzyła, mówiąc mu o tym, że jeśli Thrawn odmówi – Imperatorowi awansu, Naczelnemu Dowództwu nowego przydziału, Tarkinowi przyjęcia lothalskiej misji – bez wahania zrobi to ktoś inny, ktoś, kto niewątpliwie sprawi się gorzej od niego. Och, wystarczyło Thrawnowi zobaczyć, jak na Lothalu spisywał się admirał Konstantine, czy raczej: jak Konstantine się tam nie spisywał, by niezwłocznie podjąć się planowania w tym sektorze własnej kampanii. A zatem: jeden jeden.

Użeranie się z innymi gubernatorami, takimi jak Quesl czy Restos, z kolei doprowadziło do tego, że Thrawn naprawdę doceniał to, w jak wielu sprawach Arihnda Pryce szła mu na rękę. Bez wątpienia była to w jej wykonaniu polityczna gra i niezaprzeczalnie się ona sprawdzała: Pryce zrzucała na niego rozwiązywanie niektórych co bardziej skomplikowanych kwestii, a Thrawn chętnie się tym zajmował, wiedząc, że nikt nie wywiąże się z takich zadań lepiej od niego. Ach, szukanie szpiega w imperialnych szeregach, przynajmniej w jego opinii, było całkiem przednią zabawą – Thrawn lubił takie intelektualne wyzwania. A Pryce, na szczęście, dała się przekonać, by Thrawn zrobił to po swojemu, zamiast zastraszać żołnierzy i torturować podejrzanych, jak pewnie postąpiłaby ona. Oboje wyszli na tym dobrze. Dwa dwa. Być może.

Pryce była jednak w gorącej wodzie kąpana i nie sposób było zostawić ją na dłuższy czas samą: dlatego też Thrawn musiał przydzielić jej do pomocy Rukha, by w razie czego Noghrijski zabójca wkroczył do akcji, a przede wszystkim, żeby służył jej jako ochroniarz i nie pozwolił Pryce dać się głupio zabić.

Co mogło wskazywać na jego trzeci słaby punkt: Thrawnowi zaczęło z czasem na Pryce zależeć. Pytanie tylko, czy ona o tym wiedziała? Bo jeśli zdawała sobie z tego sprawę, mogła wykorzystać to przeciwko niemu.

To była bardzo niedogodna dla Thrawna sytuacja. Mógł albo powierzyć pieczę nad Pryce komuś innemu – tylko kogo on oszukiwał? Nikt nie był w stanie chronić Pryce lepiej od niego! – i przestać się nią przejmować, albo… spróbować i to jakoś obrócić na swoją korzyść. Sprawić, żeby jej też zaczęło na nim zależeć. A może już tak było?

Przecież gubernator od dłuższego czasu mu się naprzykrzała. I z czym Pryce zwykle przychodziła do niego? Ach, tak. Z żądaniem: zniszcz moich wrogów. Coś takiego mogłaby równie dobrze zlecić jakiemuś sprawnemu łowcy nagród, ale musiałaby na ten cel przeznaczyć niemało kredytów, zaś taka umowa miałaby charakter tymczasowy i czysto finansowy. Pryce nigdy nie wspomniała Thrawnowi o wynagrodzeniu w kredytach. Awans (do pewnego momentu), statki, możliwość wykazania się w walce – i zwiększenia przez to swoich wpływów we Flocie, tak, to mu oferowała. Ale to wiązało ich też ze sobą bardziej niż kredyty czy inne dobra materialne. To była wymiana przysług. Problematycznie się zrobiło wtedy, gdy Pryce zaczęła antycypować, czego skrycie Thrawn mógłby pragnąć. Zwłaszcza, że, jak się okazało, była w tym całkiem niezła.

A tego Thrawn szczególnie nie lubił: kiedy ktoś zaczynał czytać mu w myślach i, co najgorsze, odnosił na tym polu sukcesy. To było niebezpieczne. Jego bitewne strategie się sprawdzały, bo on sam umiał przejrzeć tak swoich wrogów, pozostając przy tym dla nich samych enigmą. Czasem Thrawn specjalnie kreował się na jakąś inną personę, żeby przechytrzyć takich przeciwników, jak generał Yiv Dobroczyńca czy Jixtus. Nawet z Palpatine’m trochę próbował w ten sposób pogrywać, choć Lord Sidious był zdecydowanie najbardziej przenikliwym z jego oponentów. W końcu Thrawn musiał podjąć trudną decyzję: jeśli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. I z chissańskiego agenta stał się faktycznym imperialnym admirałem.

Stan ten, jak przypuszczał Thrawn, nie mógł trwać wiecznie, ale tymczasowe korzyści, jakie płynęły z niego, były przeogromne. I tu być może zrodził się nowy problem.

Czwarty słaby punkt: chrapka na więcej. W Dynastii Chissów nie byłoby to możliwe, Thrawn dobrze znał swoje miejsce w szeregu. Mógł co najwyżej marzyć o tytule Naczelnego Admirała Floty Ekspansywno-Defensywnej i o zastąpieniu Ja’foska, po to, by bez problemów przeforsować swoje militarne strategie, ale realizacja takiego marzenia kosztowałaby go wiele wysiłku i zmusiła do udziału w politycznych intrygach, które od zawsze budziły w Thrawnie niesmak. A z taką władzą szła w parze również wielka odpowiedzialność. Thrawn nigdy nie rozumiał pragnienia władzy dla samej władzy – dla niego mogła być ona jedynie środkiem do celu. Czyli zaprowadzenia porządku. Wyeliminowania chissańskich wrogów.

W Imperium zakosztował jednak władzy i niestety musiał przed samym sobą przyznać, że smakowała ona wyjątkowo dobrze. Wreszcie traktowano Thrawna poważnie, co dla nieczłowieka w tym miejscu było szczególnym osiągnięciem. I kiedy Thrawn powtarzał swoją dotychczasową mantrę – że nie potrzebował niczego więcej, żadnej chwały i zaszczytów – Pryce oczywiście nie uwierzyła w jego słowa. Nie uwierzyła dlatego, że zrozumiała wielkiego admirała Thrawna lepiej, niż on rozumiał samego siebie. Nie, nie chodziło o medale. Thrawn chciał, żeby się z nim liczono, pragnął mieć realny wpływ na przyszłość galaktyki.

Być może też lubił mieć władzę nad gubernator Pryce – nie tyle Thrawn obawiał się tego, jak ona mogłaby mu zaszkodzić, gdyby wypowiedzieli sobie wzajemnie wojnę, ile rozkoszował się tym, na jak wiele sposobów sam mógłby ją zniszczyć. Och, nie zamierzał tego robić, wystarczało mu to, że po prostu to wiedział.

Studiował lothalskie dzieła sztuki z myślą o rebeliantach, ale widział w nich przede wszystkim Pryce. Dzwonił do niej przez holonet, wpatrywał się w jej niebieską holograficzną sylwetkę i pytał o postępy w ściganiu buntowników, ale od wyników interesowało go bardziej to, jak ona sobie z tym problemem radziła. Zapowiadał wizytację w fabryce i koszarach, a wtedy na bladym – bladoniebieskim w tym wypadku – obliczu Arihndy uwidaczniał się lekki niepokój i Thrawn już wiedział, że gubernator napotkała nowe trudności i że starała się to przed nim ukryć. Tym bardziej nalegał na spotkanie z nią. Twarzą w twarz.

Powiedziałby jej:

- Pani gubernator…

I zaatakowałby jej usta, i zapięcia jej munduru, a potem przycisnąłby ją do swojego biurka. Planował różne posunięcia, które zapewniłyby mu końcowe zwycięstwo.

Łączyły ich wspólne kłamstwa. Więc mogliby dodać do nich jeszcze to jedno.