Actions

Work Header

Dwa Słowa Zielonym Tuszem

Summary:

Jednastoletni Harry nie wiedział skąd to wiedział, ani nawet dokładnie, co wiedział, ale stojąc w sklepie Ollivandera z Hagridem, poprzysiągł sobie, że nie powie nikomu o dwóch słowach na jego nadgarstku.
Avada Kedavra.

___

historia o duszach w trzech aktach

Notes:

Chapter 1: Prolog

Chapter Text

Harry Potter był posiniaczony, gdzieniegdzie zadrapany i głodny, kiedy Hagrid wszedł przez wyważone drzwi do zrujnowanej chaty pośrodku morza. Kilka minut przed tym wydarzeniem chłopiec zdmuchnął wyrysowane w grubej warstwie kurzu na kamiennej podłodze świece, mrucząc pod nosem ponure Wszystkiego Najlepszego, doskonale wiedząc, że to nie będzie dobry dzień. Harry takich nie miewał.

Uznał, że w połowie zgniecione ciasto, które Hagrid wyjął z kieszeni płaszcza to najlepsze, co kiedykolwiek jadł, mimo, że było całkiem zwyczajne. Harry wielokrotnie robił lepsze ciasta na przyjęcia ciotki i wuja. Ale cóż, w Harrym Potterze też nie było nic nadzwyczajnego.

Hagrid powiedział mu, że jest czarodziejem i każde dziecko w magicznej Brytanii dorastało, znając jego imię. Dodał, że był niezwykły i Harry niemal mu uwierzył, ale też na długo przed nimi wszystkimi, zrozumiał prawdę.
Zrozumienie nie pojawiło się, kiedy wyjął kamień filozoficzny z odbicia w lustrze, czy gdy jego dotyk spalił twarz profesora Quirrella, ani gdy zabił bazyliszka, czy pokonał Toma Riddle’a, a nawet, gdy odgonił hordę dementorów w wieku trzynastu lat. Nie zrozumiał, jak wyjątkowy jest, nawet nocą w Little Hangleton, kiedy jego różdżka, wbrew wszelkiej logice, połączyła się z różdżką Czarnego Pana. Nie, świadomość przyszła na długo przed tym.
Wracając do różdżki.

Po dniu, w którym Hagrid zabrał go na Ulicę Pokątną, pozostało mu wspomnienie ekscytacji, grozy, niedowierzania i kolorów, kolorów, ruchu i dźwięków. Stworzenia, których nigdy wcześniej nie widział, piszczały i prężyły się w witrynach sklepowych, przedmioty wirowały i brzęczały bez powodu, wszystko wokół niego zdawało się przesiąknięte magią. Najlepiej zapamiętał moment, w którym Hagrid wyjął małą brązową sakiewkę ze skarbca w Banku Gringotta, widok półolbrzyma wracającego ze sklepu zoologicznego z śnieżną sową i jego wizytę u Ollivandera.

Harry poczuł zdenerwowanie, gdy Ollivander przemówił i z trudem zwalczył chęć wiercenia się pod jego intensywnym spojrzeniem. Chłopak miał na sobie mugolskie ubranie, w tym podkoszulkę, która niegdyś służyła Dudleyowi za t—shirt, jednak, kilka rozmiarów za duża, na Harrym wisiała jak na wieszaku. Kiedy oparł się o blat, wzrok Ollivandera spoczął na jego prawym nadgarstku. Spojrzenie było na tyle niepokojące, że Harry szybko wcisnął obie ręce do kieszeni, zabierając je z jego pola widzenia. Kiedy Ollivander zniknął między regałami, chłopiec zerknął na swoją skórę, w poszukiwaniu tego, co przykuło wzrok mężczyzny. Nie zobaczył nic niezwykłego. Miał kościste nadgarstki z zielonkawymi żyłkami widocznymi pod skórą. Nic nadzwyczajnego. Harry Potter nie był nadzwyczajny.

— Zanim odważymy się znaleźć twoją różdżkę, panie Potter, muszę zapytać, co słyszałeś o bratnich duszach?

— Eee… — Harry poświęcił chwilę na zaskoczenie, nim skupił się na tym, po co tu przyszedł. — Nic, proszę pana.

Ollivander skinął głową, jakby się tego spodziewał.

— Kiedy twoja różdżka cię wybierze i połączysz się z nią, uwalniając magię, być może coś pojawi się na twoim nadgarstku, o, właśnie tutaj… — Wskazał miejsce na swoim własnym nadgarstku. — To znak twojej bratniej duszy.

— Może… może się pojawić? — powtórzył Harry, niezadowolony z niejasnego sformułowania.

— Znaki bratnich dusz pojawiają się, gdy tworzy się idealnie dopasowana para. Jeśli masz szczęście i jesteś brakującą połówką, gdy po raz pierwszy rzucisz zaklęcie, zarówno tobie jak i bratniej duszy pojawi się znamię. Jeśli masz pecha, to ty będziesz czekał na swoją drugą połówkę.

Harry skinął głową, słuchając go uważnie.

— Co robi ten znak? Jak wygląda?

Ollivander uśmiechnął się krótko, lekko wykrzywiając wargi, przez co wydał się Harry’emu nieco mniej przerażający.

— Każdy znak jest unikalny, nie znajdziesz dwóch takich samych. Może być nim zdanie, pojedyncze słowa, symbol czy wzór, którego znaczenia nie znasz. Na początku może być niezrozumiałe, ale kiedy już znajdziesz swoją bratnią duszę, będziesz wiedział.

— Pokocham ją? — zaryzykował Harry, a w jego głosie pobrzmiewała nadzieja. Podobał mu się ten pomysł. Niestety obawiał się, że jego wujostwo, mimo bycia małżeństwem, nie kochało się. A z całą pewnością nie kochali Harry’ego.

Ollivander parsknął śmiechem.

— Cóż, zawsze mamy taką nadzieję. Wystarczy jednak, że położy palec na twoim znaku. Uczucie, które was wówczas ogarnie… nie przypomina niczego, co wcześniej doświadczyłeś. Nie da się go pomylić.

W oczach Ollivandera na moment pojawił się głód; przez chwilę przypominał Harry’emu łowcę, wypatrującego ofiarę, kiedy jednak podał Harry’emu różdżkę z rdzeniem feniksa, mimo ewidentnej ciekawości, powstrzymał się od zerkania na nadgarstek chłopca.
Różdżka Harry’ego była cudowna; czuł przepływającą przez nią moc, otulającą go kojącym śpiewem magii. Miała jedenaście cali, wyrzeźbiono ją z ostrokrzewu. Szczegółami jednak mógł zająć się później, póki co był w pełni skupiony na samym fakcie posiadania magicznego przedmiotu. Wybrała go i poczuł, jak przepłynęła przez niego magia, a po chwili krótkie ukłucie nadgarstka, które niemal przeoczył, gdy jego ciałem wstrząsnęły dreszcze.

Ollivander opowiedział mu oczywiście o piórze feniksa w jego rdzeniu, ale Harry nie rozumiał jeszcze, kim naprawdę był Voldemort i zniszczeń, jakie po sobie pozostawił. Wiedział, że Voldemort prowadził wojnę i zabił jego rodziców, że Harry pokonał go jako dziecko, chociaż nikt nie rozumiał, jak to się stało, a historię tamtej nocy opowiadano niczym bajkę ludową na dobranoc. Dostrzegał chorobliwą fascynację Ollivandera takim obrotem sytuacji, chociaż sam Harry po prostu przyjął nowe wiadomości.

— Jeszcze jedno — powiedział Ollivander, zanim Harry wyszedł ze sklepu z powrotem na zgiełk Ulicy Pokątnej. Wręczył Harry'emu cienką, czarną opaskę z elastycznego materiału. — Ten znak jest darem przeznaczonym tylko dla ciebie i twojej bratniej duszy — chroń go teraz i zawsze.

Harry poważnie skinął głową, wsuwając opaskę na chudy nadgarstek; nie ośmielił się przyjrzeć znakowi, jaki otrzymał.

Dopiero wiele godzin później, ciemną nocą z szybkim biciem serca, odważył się sprawdzić, co zostało mu przeznaczone.

Na jego skórze pojawiły się dwa zapisane zielonym atramentem słowa.

Avada Kedavra.

———

Na skórze Voldemorta znajdują się dwa warte uwagi znaki. Jednym z nich jest ciemne piętno na lewym przedramieniu, symbol węża, który reprezentuje wszystko, na czym mu kiedykolwiek zależało. Mroczny Znak uosabia potęgę, z którą nie można się mierzyć, armię, której nie da się złamać oraz tyranię, władzę w rękach Voldemorta. Wszystko to uwięzione w czarnym tuszu na bladej skórze. Uwielbia go.

Drugi znak mieści się na drugim nadgarstku, wyrysowany zielonym atramentem i chociaż nie kontrastuje ze skórą tak jak ten drugi, a linie są delikatniejsze wydaje się surowszy. Wolałby, żeby cienkie bazgroły pozostawały niezauważone, ale to tylko pobożne życzenie. Jego wzrok wciąż do nich wraca.

Moc, której nie znasz.

Voldemort uważa się za szczęściarza, że słowa nie pojawiły się wcześniej. Gdyby znak uformował się w latach, zanim został Czarnym Panem, kiedy wciąż włóczył się po korytarzach Hogwartu, gromadząc zwolenników i tworząc swoje pierwsze horkruksy, te słowa mogłyby go niepokoić. Wtedy wciąż szukał mocy, głodny tego, co było poza jego zasięgiem. Wówczas słowastanowiłyby poważną groźbę.

Nie miał władzy i potęgi, nie trzymał czarodziejskiej Wielkiej Brytanii za szyję, ściskając tylko po to, by rozkoszować się widokiem rozrywanych żył. Nie posmakował mocy. Wszystkim co znał, była manipulacja i oszustwa, a te nie były żadnym wyzwaniem.
Oczywiście poczuł szok, wynurzając się z kotła nie tylko w nowej postaci, ale i z śladem na prawym nadgarstku, którego wcześniej tam nie było. Nie poczuł jednak lęki, który prawdopodobnie zawładnąłby nim w jego młodzieńczych latach.

Próbował się go pozbyć, ale stwierdził, że podobnie jak Mroczny Znak, słowa były niemożliwe do usunięcia. Przetestował każdą możliwą metodę. Próbował każdego zaklęcia, eliksiru i rytuału, jaki mógł wymyślić — bez skutku. Ba, odciął nawet skórę z nadgarstka tylko po to, by słowa pojawiły się ponownie na zagojonej skórze. Gdyby nie był świadkiem ponownego pojawienia się znaku na stworzonej dla Pettigrew dłoni, rozważyłby całkowite jej odcięcie i wyczarowanie sobie nowej.

Jak się okazuje, bratnia dusza to uparte cholerstwo.

Voldemort nie boi się samych słów, już nie. Oznaczają proroctwo, którego nie można spełnić, połączenie, którego jego dusza nie jest w stanie utworzyć. Nie ma mocy, której by nie znał — już na to za późno.

Nie boi się słów, mocy, której nie zna; boi się bratnich dusz.

Kiedy umiera jedna bratnia dusza, umiera też druga. To tylko kwestia czasu, kiedy opuszczona osoba wsadzi różdżkę do ust z morderczym zaklęciem na końcu języka bądź stanie na drodze pociągu. Nie ma wyjątków. Nie ma to nic wspólnego z siłą umysłu czy woli — po prostu tak jest, zawsze.

Zapytany, Czarny Pan zarzekałby się stanowczo, że takie moce nie będą miały na niego wpływu. Jeśli jego dusza nie może kochać i nie może tworzyć związków, z pewnością klątwa go nie dotknie. Na pewno.

Jednak, mimo jego pewności, wciąż gdzieś z tyłu głowy tliła się iskra wątpliwości. A Voldemort nie pozwalał sobie na niewiadome.

Zagrożenie — nieznana zmienna, myśl, że gdyby nieszczęście spotkało osobę, która nosi jego znak, równie dobrze może się poddać.

Po wyjściu z kotła i odkryciu nowej skazy na swojej skórze, poprzysiągł znaleźć tę dziką kartę, osobę mającą kontrolować jego przyszłość. Nie zamierzał pozwolić, by ktoś inny decydował o jego losie.

Nie było takiej opcji.

———

Na skórze Harry'ego znajdują się dwa warte uwagi znaki. Pierwszy z nich służy głównie przyciąganiu wielu spojrzeń i miejscu na pierwszej stronie Proroka Codziennego znacznie częściej, niż by sobie tego życzył. Drugi spoczywa niezauważany pod rękawem jego płaszcza, ale przeszkadza Harry'emu znacznie bardziej, niż kiedykolwiek błyskawica na jego czole. A że los postanowił z niego zakpić, oba powiązane są z Voldemortem.

Oba, w pewnym sensie, są wyrokiem śmierci.

Harry dużo słyszał o nocy, kiedy zmarli jego rodzice — prawdopodobnie więcej, niż mógłby sobie tego życzyć — sam jednak pamiętał tylko zielony, oślepiający błysk światła. Tego samego, które rozbłysło nocą w Little Hangleton zaledwie rok temu.
Surowa twarz Voldemorta, puste oczy Cedrika, jego ciało na ziemi…

Ale przede wszystkim zieleń, nagły rozbłysk, tak oślepiający, że Harry nawet nie zauważył, gdy upadł.

Spojrzenie na znak na jego prawym nadgarstku służy jedynie jako brutalne przypomnienie, atrament do złudzenia przypomina błysk morderczego zaklęcia. Chciałby, żeby znak oślepiał i uniemożliwiał patrzenie na niego. Ale tak nie było, wręcz przeciwnie.

Patrzy i patrzy i patrzy — ponieważ nieważne, jak bardzo ich nienawidzi, nie potrafi oderwać od nich wzroku. Kolor nie może się nawet równać z samymi słowami, ich brutalnością.

Nie zawraca sobie głowy szukaniem usprawiedliwień; znak go przyciąga, a świadomość, że zwiastuje nic ponad rychłą śmierć, sprawia, że jego wzrok wraca do niego raz po razie.

Nieważne, jak próbowałby to ująć, jedno było pewne: umrze.

Wiedział to od lat, jednak to było coś innego. Żył kilka tygodni w błogiej nieświadomości, nim zorientował się, co oznaczało owe zaklęcie. Jako że Ollivander ostrzegł go, by z nikim nie dzielił się swoim znakiem, toteż do wszystkiego musiał dochodzić sam. Nie minęło jednak dużo czasu i w jednej z rozmów, ktoś wspomniał o zaklęciach niewybaczalnych.

Gdy dotarło do niego, jakie słowa ma na nadgarstku, pierwszym, co sobie uświadomił, było to, że nosi na sobie znamię morderczej klątwy. Drugim: Lord Voldemort jest moją bratnią duszą.

Trzecim: umrę.

To był wyrok. Żadna wiedźma ani czarodziej nie może żyć bez swojej bratniej duszy, a Voldemort nie mógł być pozostawiony przy życiu. Musi umrzeć, ba, to Harry ma się stać jego mordercą. W konsekwencji czego, sam odbierze sobie życie — nie było innego sposobu.

Harry pamiętał, kiedy ojciec Kevina Entwhistle zmarł na drugim roku. To był dziwaczny, mugolski wypadek, jakaś robota budowlana poszła nie tak, gdy przejeżdżał przez mugolski Londyn. Kiedy umiera mugol, w ciągu tygodnia odbywa się pogrzeb. Gdy umiera czarodziej połączony znakiem bratniej duszy, czekają. Kevina wypuszczono do domu, by mógł spędzić pozostały czas z matką. W końcu ona też umarła, rzucając się z dachu budynku — i dopiero wówczas zdecydowano się na pogrzeb. Obojga.

Kiedy Harry zabije Voldemorta, umrze. Wie to, zawsze wiedział. To dlatego nigdy nie odważył się podzielić z nikim słowami, które nosił na nadgarstku — ani Ronowi i Hermionie, ani Dumbledore'owi, ani nawet Syriuszowi. Gdyby wiedzieli, nie pozwoliliby Harry'emu tego zrobić. Szukaliby alternatywy, której nie było. Harry wiedział, że jedynym, co powstrzyma Voldemorta, jest jego ostateczna śmierć.

Gdyby Harry był pewien, że wystarczy, iż odda życie, by to Voldemorta również dobiegło końca, zrobiłby to bez wahania. Jednak nie był tego pewien. Voldemort nie odczuwał emocji, podzielił swoją duszę; Harry nie był pewny, czy w ogóle jakiś jej odłamek jeszcze mu pozostał, więc wątpił, że Voldemort zareagowałby na śmierć swojej bratniej duszy. Wolał nie ryzykować. W końcu, gdyby umarł, a Voldemort przeżył nie byłoby nikogo, kto mógłby go pokonać.

Wiedział jednak, jak to się skończy: w końcu go pokona, a kiedy to zrobi, Harry odbierze sobie życie, nie mogąc żyć bez niego. Bez potwora niezdolnego do miłości. Harry potrafił kochać, czasami obawiał się, że jego dusza jest zbyt niewinna, zbyt czysta, by zmieniła to nienawiść do jego własnej bratniej duszy.

Leżał w łóżku, wsłuchując się w skrzypienie i jęki Grimmauld Place 12, które były jedynymi dźwiękami przerywającymi ciszę, tak jak przydrożne latarnie, jedynym źródłem światła rozpraszającym mrok. Wpatrywał się w uniesiony nad twarzą nadgarstek, poruszając nim co chwilę; w przyćmionym świetle napis sprawiał wrażenie, jakby migotał. Harry nie potrafił odwrócić od niego wzroku.

Może takie było jego przeznaczenie. Może hodowano go niczym prosię na rzeź. Może zwyczajnie zakpił z niego los. W końcu nazywali go wybrańcem. Twierdzili że to on pokona Czarnego Pana i ma rację.

A potem odejdzie, pociągnięty na granicę szaleństwa przez bratnią duszę, której nigdy nawet nie pokocha.

Takie było jego przeznaczenie.

Śmierć za sprawą bratniej duszy